Dlaczego zrezygnowałem ze studiów na najlepszej uczelni w Polsce?

Po zrobieniu dyplomu bachelor’s w Anglii (odpowiednik naszego licencjatu) nie poszedłem bezpośrednio na magistra. Czemu nie? Ano temu, że większość osób po licencjacie od razu idzie tam do pracy. Nie ma magistra, nie ma problemu, za to jest sens, bowiem licencjat i magister mają tam zupełnie inne cele.

W Anglii studia bachelor’s jest standardowym przygotowaniem do funkcjonowania w korporacjach i instytucjach. Magistra natomiast rozważa się normalnie po kilku latach pracy, gdy chce się w czymś wyspecjalizować, a praca takich umiejętności nie nauczy. Polska norma społeczna jest natomiast inna; u nas różnica między tymi dyplomami w praktyce nie istnieje, skoro wszyscy i tak starają się o obydwa tytuły nieprzerwanym pięcioletnim ciurkiem.

Niemniej jednak, we wrześniu przeprowadziłem się do Polski i postanowiłem pójść na studia. Tutaj, (w kręgach osób bardziej ambitnych), jak nie masz dyplomu magistra lub inżyniera to czasami uważa się, że jesteś kimś gorszym. Na magistra idzie się od razu po licencjacie; moi lokalni znajomi w większości poszli. Rodzina w Polsce również od dawna mnie do tego namawiała (mniej lub bardziej natarczywie) i mieszkając tutaj wiedziałem, że coraz trudniej będzie się tej presji oprzeć.

Motywacje

Zatem zaaplikowałem i dostałem się do SGH – rzekomo najlepszej Polskiej uczelni ekonomicznej. Gwoli ścisłości, ta aplikacja nie była jedynie w kontekście presji otoczenia; przyczyny, które mną kierowały były następujące:

  • Płaszczyzna merytoryczna: Materiał opisany w programie studiów wyglądał na ciekawy, a że jestem osobą otwartą na poszerzanie horyzontów, to byłem gotowy na zwiększenie mojej dotychczas amatorsko zdobytej wiedzy w dziedzinach takich jak finanse, energetyka i stosunki międzynarodowe.
  • Płaszczyzna towarzyska: Większość mojej dorosłej siatki znajomych jest albo skupiona w Londynie, albo rozrzucona po świecie. W Polsce natomiast moje kontakty pochodzą głównie z liceum i wcześniej, zatem przeprowadzając się zależało mi na poznaniu osób z ciekawymi zainteresowaniami i poglądami na świat. (jeśli też jesteś otwarty/a na nowe kontakty, napisz i poznajmy się 😊)
  • Płaszczyzna presji społecznej, omówiona we wstępie.

Rezultaty

Bardzo szybko zauważyłem, że wytwarza się we mnie duża niechęć, co podczas pierwszego semestru stawało się coraz trudniejsze do zignorowania. Moje doświadczenia były następujące.

Płaszczyzna merytoryczna

Wykłady większościowo polegały na suchym czytaniu ze slajdów lub podręczników (a te podręczniki często były autorstwa wykładowcy, który wykorzystywał zajęcia do promocji swoich publikacji). W związku z tym, wykłady były mało ciekawe i rzadko kiedy potrafiłem wciągnąć się w temat i podążać za wątkiem. Odbywało się to tak:

  1. Wykład się rozpoczyna, profesor zaczyna czytać ze slajdów. Ja, gotowy na poszerzanie horyzontów, uważam.
  2. 10 minut później, przy czytaniu slajdu 7 albo 8, monotonia jest nie do zniesienia. Wynika ona z tego, że sam potrafię czytać ze slajdów i nie potrzebuję lektora. Odłączam się od toku zajęć i sam zaczynam wertować slajdy.
  3. Kolejne 10 minut później wszystkie slajdy mam przeczytane ze zrozumieniem. Sprawdzam co robi profesor – cały czas czyta slajdy – więc zaczynam się zajmować innymi sprawami na komputerze i zostawiam wykład w tle. Cały czas słucham używając 5% moich mocy mózgowych – a nuż trafię na jakieś soczyste ciekawostki, które szkoda by było przegapić.
  4. I w końcu po kolejnych 10 minutach stwierdzam, że lepiej skupić 100% mojej uwagi na czymś faktycznie produktywnym i opuszczam wideokonferencję wykładu.

Skoro jestem w stanie zrozumieć zawartość 1.5 godzinnego wykładu czytając podręcznik albo slajdy przez 10 minut, po co te wykłady?

W takim podejściu nie jestem tutaj wyjątkiem. Większość studentów przestała uczęszczać po pierwszych kilku spotkaniach, zazwyczaj gdy upewnili się, że obecność nie jest wymogiem do zaliczenia. Brakowało inspiracji od wykładowców i wrażenia, że omawiane tematy są warte uwagi i ciekawe.

Poza wykładami, kilka projektów grupowych, w których brałem udział wymagały głównie umiejętności wyszukania i skopiowania odpowiednich informacji z internetu – a nie nauki nowych sposobów myślenia, zrozumienia i debaty w celu znalezienia najlepszego merytorycznie rozwiązania dla zaprezentowanych problemów.

Co do sesji egzaminacyjnej – trwające właśnie przygotowania większościowo polegają na znalezieniu gotowców oraz organizacji tajnych studenckich konferencji grupowych. Celem jest wspólnie zaliczyć po najmniejszej linii oporu i zapomnieć.

Aby nie uogólniać, wyjątkiem był obowiązkowy język obcy; jeśli ktoś chciał się angażować i uczyć, te zajęcia były dość interaktywne i rozwijające, dlatego oceniam je pozytywnie.

Płaszczyzna towarzyska

Niestety w dobie pandemii w ogóle nie funkcjonowała. Przeważająca większość innych studentów to jedynie avatary w oknie wideokonferencji. Tego typu środowisko zazwyczaj nie pozwala na spontaniczne konwersacje i tworzenie podgrup, które miałyby możliwość faktycznego zapoznania się.

Poza zajęciami, na uczelni teoretycznie działał szereg SKN-ów (Studenckich Kół Naukowych). W warunkach pandemii niestety nie było spotkań w ramach integracji i w efekcie większość klubów funkcjonowało jako narzędzia PR i kanały rekrutacyjne nudnych korporacji, banków i firm konsultingowych.

Członkostwo przykładowo w klubie informatyki, startupów czy bankowości niestety dla większości studentów obecnie jest wymówką do dodania wpisu do swojego CV.

Nie chcę znowu uogólniać – były dwa wyjątki:

  1. Jeden z SKN-ów organizował bardziej otwarte cotygodniowe spotkania z szeregiem mniejszych tematycznych kanałów. Faktycznie były tam osoby zainteresowane debatowaniem na tematy ekonomiczne czy polityczne i można było lepiej się poznać.
  2. Na jednym z przedmiotów mieliśmy cotygodniowe projekty w tych samych grupach. Te projekty polegały (jak wspomniałem w sekcji merytorycznej) na umiejętnym korzystaniu z Google, ale cotygodniowa częstotliwość spotkań koordynacyjnych – dyktowana wymaganiami przedmiotu – sprawiła, że członkom grupy udało się na pewnym poziomie zżyć, mimo tego, że większość z nas nigdy osobiście się nie spotkała.

Ale poza tymi wyjątkami, znakomita większość interakcji z rówieśnikami była niestety na poziomie bardzo formalnym. Nowe znajomości – te, które oceniam na głębsze niż „wiem, że ta osoba istnieje” – można policzyć na palcach dwóch rąk. W okresie jednego semestru zapewne da się więcej ciekawych osób poznać chociażby na tinderze.

Co mi się w tym nie podoba?

Dlaczego nie zacisnąć zębów, zaliczyć i mieć papier?

Po pierwsze, cenię sobie intelektualną uczciwość. Nie podoba mi się zaliczanie po najmniejszej linii oporu, tak jak przeciętny student robi. Nie daje to satysfakcji i nie uczy. Nasuwa się pytanie: czemu zatem nie podejdę do egzaminu ucząc się samodzielnie, jak Bozia kazała? Cenię sobie również podążanie za własną ciekawością, a wykłady nie były wciągające. Materiał częściowo był interesujący, ale dzięki internetowi i książkom mam do tych samych informacji pełny dostęp poza ramami studiów.

Po drugie, czas. Uważam, że jest on najcenniejszym zasobem jaki mamy. Czas pozwala mi rozwijać zainteresowania, pracować nad projektami takimi jak ten blog, czy różnymi pomysłami na biznes. Nawet studiując po najmniejszej linii oporu, kontynuacja kierunku i tak oznaczałaby przeznaczenie na niego setek godzin. Warto również zaznaczyć, że mam w sobie element perfekcjonisty. Gdy w coś się angażuję, lubię dać z siebie wszystko. Chcę osiągnąć jak najlepsze wyniki. Z tą cechą charakteru, kontynuacja studiów wiązałaby się zapewne nie z setkami a z tysiącami godzin na nie poświęconych.

Po trzecie, nie uważam, że ten dyplom jest mi potrzebny do kariery. Rozwijam w tej chwili małą firmę, która osiągnie sukces nie dzięki papierowi, ale dzięki zbudowaniu produktów, które mają wartość i spełniają potrzeby klientów.

Po czwarte, istnieją inne metody osiągnięcia celów, które pierwotnie motywowały mnie do tych studiów. Na płaszczyźnie merytorycznej są to przykładowo książki, które czytam, czy pisanie artykułów (czym planuję się częściej zajmować na tym blogu). Są też alternatywne sposoby rozwijania mojej sieci kontaktów; możliwe, że ten blog również pozwoli mi znaleźć ludzi z podobnymi zainteresowaniami.

Podsumowując, stwierdziłem, że właściwą decyzją z perspektywy mojej kariery, a także rozwoju osobistego, jest dążyć do satysfakcji i szczęścia poza ramami studiów: rozwijając obecną firmę, badając nowe pomysły na biznes, pisząc eseje na tematy, które mnie interesują i rozszerzając moją siatkę znajomych innymi metodami.

Ale w Polsce trzeba mieć papier!

W niektórych kręgach zapewne tak. Ale ja mam nadzieję, że ludzie, z którymi przyjdzie mi współpracować, będą mnie oceniać nie po papierze, a po moich faktycznych zdolnościach, osiągnięciach i charakterze.

Poza tym, jak już wspominałem, mam ambicje przedsiębiorcze. Nie widzę siebie starającego się o zwykłą pracę, gdzie dyplom magistra nadal jest typowym wymogiem HR.

Jeśli ktoś, biorąc to wszystko pod uwagę, cały czas uważa, że z powodu braku prefiksu Mgr należę do gorszego sortu, to będzie trzeba to jakoś przełknąć.

Ale przecież nie jestem osobą, która daje za wygraną!

Mam wrażenie, że ten argument mnie najbardziej paraliżował. Gdy coś zaczynam i do czegoś się zobowiązuję, jestem przecież osobą, która doprowadza to skutecznie do końca.

Co zatem przeważyło jako kontrargument?

Zdałem sobie sprawę, że w mojej relacji z uczelnią to jej strona rozczarowywała od początku i grała nie fair. Podczas gdy ja miałem najlepsze intencje, uczelni nie udało się dostarczyć wiedzy, kształcenia i kontaktów, których obiecywała. To nie ja jestem tu winny.

Biorąc to pod uwagę, perspektywa brnięcia dalej w ten nierówny układ nabierałaby charakteru coraz bardziej masochistycznego.

Są gry, w które nie warto grać.

Czy to faktycznie koniec mojej przygody z edukacją?

Wręcz przeciwnie. Po pierwsze, przez ten blog chcę się edukować na tematy, które mnie interesują i które uważam, że w przyszłości będą bardzo istotne.

Po drugie, uczę się praktycznych umiejętności podczas pracy i prowadzenia firmy.

A po trzecie, to ta dzisiejsza wersja mnie rozstaje się z tą uczelnią. Kto wie czym zainteresuję się za kilka lat? A może to uczelnia i/lub kierunek były tutaj pechowym wyborem i studia gdzie indziej byłyby ciekawsze?

Jestem obecnie w Polsce, więc oczekuję, że ten temat będzie wracał. Ale mam już szereg doświadczeń i tym razem będę potrzebował solidnych kontrargumentów i dowodów na to, że następnym razem faktycznie będzie inaczej.

Dlaczego w ogóle o tym piszę?

Rozważając rezygnację z magistra, miałem silne poczucie wyobcowania. Miałem wrażenie, że pod pewnym względem przechodzę przez podobne doświadczenia, z którymi zmagają się osoby LGBT w Polsce. Oficjalnie jesteśmy państwem tolerancyjnym, ale i tak istnieje sentyment, jakoby te osoby były co najmniej dziwne i podejrzane. Podobna niechęć istnieje w wielu kręgach do osób, które postanowiły nie brnąć aż do samego końca studiów.

Biorąc pod uwagę moje doświadczenie ze studiów opisane powyżej, jest jasne, że dyplom magistra zazwyczaj nie sygnalizuje, że ktoś ma coś merytorycznego do powiedzenia. Co zatem taki dyplom sygnalizuje? Umiejętność wypełniania poleceń po najmniejszej linii oporu? Konformizm społeczny? Marnotrawstwo publicznych finansów?

A przecież ta nasza norma społeczna wcale nie musi tak funkcjonować; nawiązując do wstępu, może to dyplom licencjatu powinien być tym standardowym wymaganym do większości karier, a magister pozostać opcjonalną specjalizacją przydatną jedynie przy wybranych profesjach? Znaczna ilość absolwentów studiów i tak twierdzi, że w kilka miesięcy pracy nauczyli się więcej niż podczas całych studiów, oraz że pracodawcom głównie zależy na doświadczeniu. Czy zatem zmiana naszego sposobu myślenia o systemie wyższej edukacji nie byłaby sensownym podejściem?

Wizja: jak to powinno działać?

Ten temat już zaczyna wykraczać poza zakres mojego oryginalnego planu na ten esej. Może kiedyś to rozwinę, ale w międzyczasie streszczam moją wizję bardziej sensownego świata:

  1. Licencjat to standardowe wykształcenie wymagane do skutecznego funkcjonowania w 95% karier.
  2. Na magistra idą nieliczni, zazwyczaj tylko wtedy, gdy daje wymagane uprawnienia do kariery (lekarz, prawnik itd.).
  3. Młodzi ludzie szybciej zaczynają zdobywać doświadczenie i funkcjonować w gospodarce, pracując u innych lub na własny rachunek.
  4. W efekcie młodzież oszczędza mnóstwo czasu, szybciej się wzbogaca i uniezależnia, a państwo nie marnuje pieniędzy na mało przydatne publiczne studia magisterskie.

Podążając za wizją, zakończmy ten esej zwięzłym apelem:

Drogi studencie

Nie przedłużaj dzieciństwa o kolejne 2 lata. Weź odpowiedzialność za swój los i karierę. Zacznij działać w prawdziwym świecie, zarabiać na siebie i nabierać praktycznych umiejętności i doświadczeń.

Drogi przedsiębiorco, pracodawco

Absolwent licencjatu jest tak samo zdolny jak absolwent magistra. Nie sugeruj się papierem. Jeśli kandydat wygląda na utalentowanego, daj mu szansę. Ci na początku kariery są najbardziej wytrwali, elastyczni i najszybciej się uczą.

Drogi obywatelu

Dyplom w dzisiejszym świecie ma coraz mniejszą wartość. Szanuj wymierne rezultaty i osiągnięcia spowodowane produktywną pracą i przedsiębiorczością, a nie sztuczne tytuły.